Batalion d’amour
Ostatni weekend lipca stał jak zwykle w naszym kraju pod znakiem
imprez masowych. W samą tylko sobotę 31 lipca odbywało się jednocześnie w całej
Polsce kilka dużych festiwali muzycznych, że wspomnę chociażby o Przystanku
Woodstock (tym razem w Kętrzynie), Festiwalu im. R.Riedla w Tychach czy w końcu
o kolejnej edycji Castle Party w Bolkowie. Nawet w samym Cieszynie, gdzie wystąpić
miał tego dnia Batalion D’Amour, trwała w najlepsze kilkudniowa impreza
pod nazwą „Era Nowe Horyzonty” – festiwal w zasadzie filmowy, ale połączony z
całą gamą przeróżnych koncertów. Nad występem Batalionu wisiała więc niechybnie
wizja zagrania do pustych ścian. Tymczasem nic bardziej mylnego! Gdy zjawiłem
się pod klubem „Europa” (swoją drogą niezwykle wyszukana nazwa dla pubu o
wielkości odwrotnie proporcjonalnej do patronującego mu kontynentu) przed
zamkniętymi jeszcze drzwiami czekała już spragniona koncertu grupka młodych
ludzi i z każdą chwilą schodzili się następni. Tuż przed właściwym rozpoczęciem
imprezy sympatyczny klubik nieomal pękał w szwach. Warto przy okazji
podkreślić, iż zdecydowaną większość przybyłych stanowili fani „mrocznych” metalowych dźwięków oraz goci – zatem publiczność
jak najbardziej nieprzypadkowa!
Grupie nie bez trudu udało się w końcu przebrnąć przez drobne
problemy techniczne i na początek zagrano zwyczajowo już utwór „Ranny anioł”.
Tuż po nim pierwszy tego wieczoru klasyk, czyli „Dotyk iluzji” –
tytułowy numer z najpopularniejszej chyba płyty BD’A. Za ciosem poszły „Szaleństwo”,
„Engraved words” i „Przed świtem”. Jeszcze tylko „Biała
sukienka” i oto spotkała mnie największa niespodzianka dzisiejszego
koncertu – repertuarowe zmiany sprawiły iż z zestawu „pewniaków” z hukiem wyleciał grany od wieków „Personal Jesus”
a w jego miejsce zawitał inny cover. Nie
trudno się domyślić, iż zespół pragnąc zachować swoją tradycję sięgnął znów po
piosenkę Depeche Mode, aczkolwiek tym razem wybór mógł niektórym (na przykład
piszącemu te słowa) wydać się nieco kontrowersyjny. Wzięto bowiem na warsztat
kawałek trudny, niekoniecznie nadający się do grania na żywo i raczej
pozbawiony potencjału przebojowości, jakże charakterystycznego dla bardziej
znanych utworów DM. Mowa o piosence „Dream on” wywodzącej się z
ostatniego jak dotąd studyjnego albumu „depeszów” czyli „Exiter” z 2001 roku. Pomysł
adaptacji tego dzieła zakrawał iście na szaleństwo, ale – jak mawia pewne znane
porzekadło – „w tym szaleństwie jest metoda”. Batalionowa wersja „Dream on”
pokazała, że ten zespół nie boi się wyzwań i potrafi stawić czoła nawet w ryzykownych
sytuacjach. Podobnie jak w przypadku „Personal Jesus” grupie udało odcisnąć na
cudzej kompozycji własne piętno – zaaranżowali to po swojemu i dla słuchacza nie
znającego twórczości DM będzie to
brzmiało jak kolejny kawałek Batalion D’Amour. Zwłaszcza refren, w którym
muzycy dali naprawdę niezłego kopa!
Po krótkiej przerwie „na papieroska” zespół powrócił ze swoim
nowszym materiałem. Były więc „Czarne słońca”, „Toksyczna” (wyproszona
przez jednego takiego marudę...) i „Ludzie bez twarzy”. Publika żywo
reagowała na wykonywane jeden po drugim numery. Metalowcy ostro szaleli na
parkiecie – wiele rzeczy już na koncertach widziałem, ale pogo w trakcie „Empty
minds” to jeszcze nigdy dotąd! Świetnie wypadł też jeden z najnowszych
utworów, noszący na razie roboczą nazwę „Nija” (tak przynajmniej udało
mi się dowiedzieć). Zespół zahaczył także o „Erotyk” ze swej poprzedniej
płyty. Potem, po raz drugi i nieostatni w trakcie setu, usłyszeliśmy duet
wokalny Piotra i Karoliny. Wypełnił on kolejną premierową kompozycję, której
tytułu nie dane mi było uświadczyć, ale wierzę że z chwilą pojawienia się nowej
płyty sytuacja ta ulegnie poprawie. W myśl niepisanej świeckiej tradycji
zasadniczą część koncertu zamknęło oczywiście „W połowie drogi donikąd”.
Na tak intensywnym występie nie mogło się jednak obejść bez
bisowania. Zgromadzeni wśród słuchaczy całkiem liczni zwolennicy Depeche Mode wymusili
na grupie zmianę decyzji dotyczącej swego postanowienia, gdyż w końcu „Personal
Jesus” został jednak zagrany. Mało tego – aby w pełni zaspokoić fanów
Martina Gore’a i jego gromadki, usłyszeliśmy jeszcze „In your room”. I
już zupełnie na dobranoc autorskie „Żądze”,
który to numer najwyraźniej powraca ostatnio do łask.
Koncert rewelacyjny, publika wspaniała, niby wszystko ok. A jednak
puenta nie należeć będzie do najweselszych. Otóż tak się złożyło, iż koncert
Batalion D’Amour zbiegł się w czasie z zakończeniem koncertowej działalności
pubu „Europa”. Podobno właściciel tego sympatycznego przybytku przegrał
nierówną walkę z sąsiadami, którym przeszkadzała grana na żywo muzyka. Eh, szkoda
słów...
ã Michał, sierpień 2004